Cholerny zwyczaj wypalania papierosa do połowy, sprawił, że kupiona rano paczka Marlboro była już zupełnie pusta.
Pewnie chodziło o stres.
No bo, w końcu, Angie, idziesz dzisiaj na pierwszą randkę od roku! Tak, a po drodze do psychiatry, bo gadasz do siebie, koleżanko.
Moim randkowym partnerem (?) miał być poznany przypadkiem w McDonaldzie blondyn. Romantycznie? To jeszcze nie wszystko. Facet pochodzi z jakiejś dziury pod Houston i jako dziecko pomagał ojcu na farmie.
W momencie gdy uzyskałam tę informację, doznałam olśnienia: więc stąd ten dziwny akcent! Ale potem Kevin (tak, Kevin) zaczął wymieniać sposoby uprawy kukurydzy...
Nie wiem jakim cudem dałam mu mój numer i zasypywana błaganiami zgodziłam się na spotkanie. Chyba przekonało mnie miejsce, hiperluksusowa restauracja 'Cities'. A obok klub do którego zawsze można uciec. Taka ze mnie szczwana lisica.
Cóż naszyjnik powinien nieco utrudnić dostęp do dekoltu, a dżinsowe rurki do... wiadomo czego. Do tego skórzana kurtka i odjazdowe szpilki. Byłam gotowa.
Wskoczyłam w taksówkę, która zawiozła mnie prosto do restauracji.
-Rezerwacja? -spytała młoda kobiet ubrana w skórzane spodnie i ramoneskę. Ten klimat...
-Tak, na nazwisko... -jak do cholery nazywał się Kevin? Mówił mi to! -Mhm...Paddington?
-Oczywiście, stolik numer 12. -gestem wskazała mi miejsce.
Kevin, haha, już tam był. W dżinsowej koszuli.
-Och, cześć Angie. -powiedział na mój widok. Uśmiechnęłam się i chciałam pocałować go policzek, gdy on surowo uścisnął mi dłoń. Chwila, kiedy kończyłam liceum, nie takie były 'randkowe zasady'. Stałam tam w szpilkach, patrząc mu w bladoniebieskie oczy i obserwując jego rumieniec, i zupełnie nie wiedziałam co powiedzieć.
-Miło cię widzieć, Kev. -wydukałam w końcu.
Ugh, Angie, co za idiotyczne zdrobnienie.
-Mnie ciebie też, Angie. -usiedliśmy. Rozmowa SERIO się nie kleiła. Zamówiłam tylko grzanki z serem i cosmopolitana, bo chociaż umierałam z głodu, nie miałam zamiaru tkwić ze Sztywniakiem Kevem przez następne siedem lat. A poza tym, w menu nie było żadnych owoców.
-Więc, hm, Angie, co lubisz?
-Ja? Co lubię?
-Tak.
-Lubię... jeść. Owoce i marchewki.
Palnęłam. Jesteśmy kwita. Ja mam go za skostniałego, prawicowego wieśniaka, a on mnie za niedorozwiniętą.
-Ale może coś jeszcze?
-Muzykę, malowanie i... kiedyś lubiłam motoryzację.
Błagam nie ciągnij tematu.
-Malowanie czego? Paznokci?
Nie powstrzymałam się i parsknęłam.
-Haha, boże, haha, Kevin, ja... haha, no, malowanie, haha, tego... haha, obrazków, haha.
Umysł na poziomie sześciolatka, potwierdzam.
-Wszystko w porządku?
Dyskretnie (przynajmniej tak myślę) wytarłam chusteczką usta i stół (głupie cosmo i głupia głupawka) i wyjąkałam zażenowana:
-Cóż... trochę mnie rozbawiłeś, Kev. Przepraszam, muszę iść do łazienki.
Porwałam torebkę i odeszłam od stolika. Sprawdzając, czy Kevin nie patrzy, przedostałam się z restauracji do klubu. Momentalnie uderzył mnie zapach alkoholu wymieszany z potem i drogimi perfumami, i bardzo głośny dubstep. Z trudem pokonałam parkiet, a tym samym ocierających się o mnie ludzi i wyszłam tylnym drzwiami na dwór.
Mroźne powietrze, jakie każdej lutowej nocy podkręcało atmosferę Londynu, spowodowało, że się wzdrygnęłam. Już chciałam zapalić, gdy zorientowałam się, że nie mam ani jednej fajki.
-Ugh. -jęknęłam wkurzona.
Poczułam, że czyjeś duże ręce oplatają mi talię.
-Sama jesteś? -kto to był do cholery? Jakiś pieprzony anioł? Miał niesamowicie seksowny, niski i głęboki głos z chrypką. Musiał być też bardzo wysoki.
Obróciłam się.
Tak, to był anioł. Burza loków, hipnotyzujące oczy i promienny uśmiech ze słodkimi dołeczkami rozświetlający perfekcyjną twarz. Przewyższał mnie, i to dużo.
-W zasadzie to chyba sama. -skłamałam. Nowo poznany chłopak był tak zniewalający, że nie mogłam przyznać się do randki-niewypału.
Przyciągnął mnie do siebie bliżej. Zapach jego perfum zawładnął moimi zmysłami. Momentalnie zatopiłam dłonie w jego włosach, upuszczając na ziemię torbę. Nachylił się, a nasze usta złączył w pocałunku. Chyba tak jak mnie było mu niezbyt wygodnie, bo w ciągu sekundy, z niewiarygodną lekkością, podniósł mnie, owijając sobie moje nogi wokół pasa.
Zagryzł moją dolną wargę, a potem językiem torował sobie drogę do mojego. Jednocześnie jego ogromne dłonie dotykały mnie w niezwykle intymny sposób. Ściągnął mi kurtkę. Wcale nie było mi zimno, raczej wkurzyłam się, bo przez chwilę przestałam dotykać jego loków. Zaśmiał mi się w usta, gdy nakręciłam sobie jeden z nich wokół palca. Ścisnął mój pośladek, choć pewnie gdybym była w spódnicy, nie skończyłoby się tylko na tym. Nasze języki, tak jak po chwili palce jednej ręki, splotły się ciasno. Ugh, pasowały idealnie. Chłopak smakował karmelkami. Chciałam go mieć bliżej siebie, najbliżej, jak się tylko da.
Wyczuł to, bo przyparł mnie do ściany. Miałam jego umięśnioną klatę tuż przy mojej, bo wciąż pewnie trzymał mnie na rękach. Wypiął biodra, a ja nieświadomie powtórzyłam jego ruch. Jakaś wypukłość zaczęła napierać na moją kobiecość.
O.KURWA.
Podskoczyłam w jego ramionach i napięłam moje rozpalone ciało. Wyplątałam ręce i oderwałam się od chłopaka.
-O co chodzi? -spytał nisko, wyraźnie poddenerwowany.
-Nie chcę numerku na jedną noc. - wyszeptałam.
-Ale ja chcę. Kontynuujmy.
Odepchnęłam go.
-Odpierdol się!
Upuścił mnie na chodnik. Gdy tylko poczułam grunt pod nogami, podniosłam torbę, i wkurzona zaczęłam się oddalać.
-Nie było ci dobrze?! -krzyczał.
Odwróciłam się. Skądś znałam tę idealną, wkurwiającą buźkę.
-Nie! -znów skłamałam, patrząc z trudem w zielone tęczówki.
-Nie kłam! -przyśpieszyłam kroku. -Zawsze dostaję to czego chcę! Tak będzie też z tobą!
Głupi, rozpuszczony dzieciak.